Kącik literacki



Franciszek Dymowski: Podziękowanie

PODZIĘKOWANIE

Las w moim życiu, odkąd pamiętam, był zawsze. Pamiętam go od czasu gdy mieszkałem z rodzicami i siostrą w Gręboszowie, w takim dużym domu, tak mi się wtedy wydawało. Miałem wtedy cztery, a może pięć lat. Las tam był dookoła. Mój ojciec Adam pracował w lesie.
Potem był Starościn. Od południa rozległe pola, a w dali wioska. Horyzont z pozostałych stron świata zasłaniał las. Nawet łąka, gdzie pasły się nasze dwie krowy, była wielką polaną. Na tej łące był przewrócony przez wichurę dwupienny klon, na którym bawiłem się, pilnując pasących się krów. Drzewo to było dla mnie wszystkim: samolotem, statykiem, a kiedy zobaczyłem pierwszy raz „dekawkę”, zostało moim samochodem. W Starościnie „nawiązałem bliski kontakt” z leśnikami oraz myśliwymi, gdyż drugą część domu w którym mieszkaliśmy zajmowało Państwowe Nadleśnictwo „Gręboszyce” w Starościnie. Ojciec nadal pracował w lesie pozyskując drewno, żywicując, strużąc papierówkę i kopalniak, a w miejsce wyciętych drzew sadząc nowy las.
Kolejnym leśnym miejscem była gajówka w Pieczyskach, bo ojciec został gajowym w Leśnictwie Siemysłów. Jako gajowy otrzymał służbową broń myśliwską (dubeltówkę sauer shul szesnastkę). Został też myśliwym, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie czy było to Koło Łowieckie w Jastrzębiu czy też w Pokoju, ale było to koło „Dzik”. Z racji tej, że były problemy z nabyciem gotowej amunicji myśliwskiej ojciec mój, a później i ja elaborowaliśmy amunicję do strzelby. Akcesoria do elaboracji: zawijarkę, urządzenie do usuwania i zakładania spłonek oraz regulowaną naważkę przejąłem od ojca, a następnie przekazałem je wnukowi, który zaczął uprawiać strzelectwo sportowe w Nysie.
W Pieczyskach zacząłem poznawać las od środka i korzystać z jego hojności: jagody, borówki, maliny, jeżyny, grzyby. Od czasu do czasu dziczyzna pozyskana przez ojca lub podarowana nam przez jego kolegów myśliwych. Przez las płynęła niewielka rzeczka, chyba bez nazwy, ale ryb w niej było mrowie. Łowiłem je na różne możliwe sposoby. Po wiosennych roztopach pobliskie łąki zalewane były wodą. Kiedy woda ustępowała i pozostawała w rowach, tam też były ryby.
Potem zainteresowało mnie myślistwo. Byłem uczestnikiem polowań zbiorowych i indywidualnych. Razem z ojcem rozwoziliśmy karmę do paśników, gdyż wtedy gospodarkę łowiecką prowadziły Lasy Państwowe. Obserwowałem zwierzynę leśną w jej ostoi, ale również na polach, kiedy żerowała na poletkach ziemniaków, owsa i pszenicy. Żyta żreć nie chciała, jęczmienia też nie.
Rytuałem były spacery po lesie po niedzielnym obiedzie. Zazwyczaj ja i ojciec szliśmy do lasu. Byłem bardzo ważny bo niosłem strzelbę, która na początku kolbą wlekła się po ziemi. Z czasem dwururka „malała”, albo ja rosłem.
Takie spacery były systematyczne. Nawet wtedy kiedy w 1959 roku rozpocząłem naukę w Państwowym Liceum Pedagogicznym w Kluczborku i zamieszkałem w internacie. Kiedy przyjeżdżałem do domu na niedzielę oraz w czasie ferii czy wakacji w niektóre niedziele spacerowaliśmy po lesie.
Dokładnej daty nie pamiętam, nie pamiętam też dokładnie roku, ale było to w czasie wakacji w latach 1960 - 1962. Pewnej niedzieli, jak to było w zwyczaju wyszliśmy z ojcem na spacer do lasu. Mimo że była to niedziela, ojciec chciał sprawdzić jak melioranci wyczyścili rowy przy jednym z duktów.
Po przejściu duktem około jednego kilometra zauważyliśmy stojącą w lesie sarnę-kozę. Kozę zauważyliśmy z odległości około 100 metrów, a od duktu stała w odległości około 20 metrów. Zobaczyć sarnę w lesie to nie jest jakaś atrakcja dla kogoś kto zna las i często w nim przebywa. W tym jednak przypadku sposób zachowania się kozy był szczególny. Koza stała w tym samym miejscu mimo, że odległość między nią a nami ciągle się zmniejszała. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się naprzeciw kozy, a ona niewzruszona stała tam gdzie zobaczyliśmy ją na samym początku. Zdziwienie nasze mieszało się z obawą, że koza jest chora na wściekliznę. Nawzajem obserwowaliśmy się przez dłuższą chwilę, do momentu kiedy zauważyliśmy w nowo wyczyszczonym rowie dwa małe koźlęta. Rów po niedawnej konserwacji miał strome skarpy i koźlaki po wpadnięciu do rowu nie mogły się z niego wydostać.
Wszedłem do rowu, po krótkiej pogoni połapałem koźlaki i wysadziłem je na stronę gdzie stała ich matka.
Ona zaś, w tym czasie kiedy łapałem koźlaki, podeszła bliżej i przyglądała się co dzieje się z jej potomstwem. Kiedy koźlaki znalazły się przy matce, ta z nimi oddaliła się na około 20-30 metrów. Tam się zatrzymała, zamikotała i zaczęła zbliżać się do nas, stojących na dukcie. Podeszła do nas bardzo blisko, na kilka metrów. Stanęła, chwilę na nas popatrzyła i odeszła do swoich koźlaków. My zaś staliśmy bez słowa przez dłuższą chwilę.
Któryś z nas skwitował to zdarzenie: „Uratowaliśmy jej dzieci i ona nam podziękowała w sposób jaki umiała”. Poszliśmy dalej szukając ewentualnej nowej niespodzianki jaką można spotkać w lesie, ale tam trzeba być, las lubić i rozumieć go.

Namysłów, styczeń 2015r.

Autorem opowiadania jest: Franciszek Dymowski

Materiały zawarte w tej witrynie są własnością osób, które wyraziły zgodę na ich zamieszczenie oraz właściciela serwisu. Zabrania się zapożyczania, kopiowania w całości lub części bez uprzedniego kontaktu.



« Powrót »